niedziela, 18 czerwca 2017

[2] IN THE FOG


sześć lat wcześniej

Rufus Turner znalazł się w stanie Nowy Jork zupełnym przypadkiem. Ot, przez głupie nieporozumienie. Wprawdzie był człowiekiem rzadko wychodzącym z domu, za jedynego kompana uznającym butelkę whisky Johnny Walker Blue, ale przecież czego się nie robi dla starego przyjaciela?

- Niczego się nie robi! - Poprzysiągł Rufus, przeklinając w myślach wszystkie bóstwa, jakie podkusiły go do opuszczenia mieszkania. - Niczego, nigdy więcej!

Zacisnął ze zrezygnowaniem dłonie na kierownicy. Droga przed nim świeciła pustkami, a przynajmniej tak mu się wydawało - w tej paskudnej, niekończącej się ulewie niczego nie mógł być pewien. Zmrużył oczy, wpatrując się w pucowaną wycieraczkami przednią szybę samochodu, gdy jego wzrok napotkał rozmytą różową plamę na poboczu drogi, która wyraźnie do niego machała. Kierowany bardziej odruchem niż zdrowym rozsądkiem, wcisnął hamulec.

Rufus Turner niejedno w życiu przeżył i widział, różnych więc dziwactw mógł oczekiwać - nie spodziewał się jednak trzęsącej się ze strachu i zimna dwunastolatki, z dala od miasta, w samym środku... no, dosłownie niczego.

- Potrzebujesz podwózki do miasta?

Dziewczynka pokręciła głową. Rufus przyglądał jej się w konsternacji, gdy wdrapywała się na siedzenie pasażera z wypchanym po brzegi plecakiem zwisającym jej z ramienia. Miała zdarte do krwi knykcie i podrapaną buzię. "W co ten dzieciak się wpakował?" pomyślał.

- Gdzie są twoi rodzice?

Dziewczynka z tęgą miną wskazała naszywkę na rękawie różowej kurtki: "Własność przytułku dla małoletnich".

Rufus pokiwał w zamyśleniu głową, jakby sam do siebie, i odpalił silnik. Wydawało mu się, że między rzężeniem pod maską a stukotem deszczu o dach samochodu usłyszał ciche "jak najdalej stąd".

- Powiesz mi co się stało?

Zerknął na nią kątem oka. Wpatrywała się w bliżej nieokreślony punkt za szybą, zaciskając dłonie na krawędziach fotela.

- Nie uwierzy mi pan.

Chciała dodać: "Nikt nigdy nie wierzy."

Rufus uśmiechnął się pobłażliwie, chociaż nie powinien. Słowa "nie uwierzy mi pan" potwierdziły tylko jego najgorsze obawy.

Przekraczając granicę stanu pomyślał, że Bobby Singer wykorzystał u niego już wszystkie przysługi. I że teraz nareszcie odpłaci mu się z nawiązką.

obecnie
- Tak, pani profesor.

- Nie, pani profesor.

- Nic nie wiem na temat włamania, pani profesor.

Max splotła palce dłoni na kolanach, uśmiechając się niewinnie do swoich rozmówców. Zestresowana zaistniałą sytuacją dyrektor Calaghaan krążyła po gabinecie z rękami skrzyżowanymi na piersi i poirytowaniem wymalowanym na twarzy.

Sam Winchester, gotujący się pod grubą sztruksową marynarką, zerkał porozumiewawczo w stronę starszego brata.

Dyrektor Calaghaan nie należała do osób naiwnych, ani tym bardziej głupich; potraktowała sugestię agentów federalnych bardzo poważnie. Jednak w stosunku do Max, jak i do pozostałych przesłuchiwanych uczniów z jej rocznika, miała mieszane uczucia. W gruncie rzeczy była sceptycznie nastawiona do całego tego cyrku, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiła pojąć, jak przeciętnego nastolatka mogłaby zainteresować teczka raportów z, według niej, pospolitego policyjnego dochodzenia.

Pani Calaghaan nie brała jednak pod uwagę kilku istotnych rzeczy, o których najzwyczajniej w świecie nie miała pojęcia.

Po pierwsze: Max z całą pewnością nie można było nazwać przeciętną nastolatką.

Po drugie: dochodzenie może i było pospolite, ale okoliczności w jakich zginął Stary Walker z całą pewnością nie.

Max z dumą odpierała więc nieufne spojrzenia agentów służb specjalnych. To nie był pierwszy raz, kiedy spotkała się twarzą w twarz z funkcjonariuszami w garniturach i nie pierwszy, kiedy uznano ją za potencjalną podejrzaną.

Było ich dwóch; jeden przerażająco wysoki i drugi z niekoniecznie przyjaznym wyrazem twarzy. Obaj w tanich marynarkach, opaleni, ponurzy i absolutnie niepodobni do tych, na których miała dotychczas nieprzyjemność się natknąć.

Bułka z masłem, pomyślała.

Była przerażona w trzy diabły.

- Dyrektor Calaghaan, czy moglibyśmy porozmawiać z nią na osobności?

Pani profesor nie wyglądała na zadowoloną, gdy opuszczała sekretariat. Zanim zamknęły się za nią drzwi posłała swojej uczennicy pokrzepiające spojrzenie; Max zastanowiła się, czy pani pedagog darzyła ją aż taką sympatią, czy po prostu obawiała się o swoją opinię w kuratorium.

Wyższy z mężczyzn przewertował teczkę dokumentów oznaczoną jej nazwiskiem. 

- A więc, Maxine... 

- Po prostu Max.

Uniwersalne, trzyliterowe imię, łatwe do zapamiętania, chwytliwe.

Z w y c z a j n e.

Ostatnim, czego chciała Max było nadmierne wyróżnianie się z tłumu. Zwłaszcza, że i bez finezyjnego imienia była wyraźnym punktem na radarze wszystkich stworów, powszechnie uznawanych za wymyślone.

- Max Johnson, lat osiemnaście, urodzona w Detroit?

Max pokiwała mozolnie głową. Znała na pamięć niemal każde słowo w swojej kartotece.
Sentyment; sama ją sfałszowała.

- A więc Max, co robiłaś we wtorek o godzinie dwunastej?

Jego partner stał pod ścianą z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej i przyglądał jej się nieprzychylnym wzrokiem. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że już go gdzieś widziała.

- Jadłam lunch w szkolnej stołówce, sir. - odparła. - Moi przyjaciele mogą to potwierdzić.

Problem polegał jednak na tym, że poza River Ferreirą, córką komendanta policji, i kilkorgiem jej znajomych ludzie podchodzili do Max z rezerwą.

Dużą.

Zdecydowała się postawić wszystko na jedną kartę.

- Mogę zobaczyć pańską odznakę, sir? - rzuciła.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

- N...

- Mam do tego prawo, czyż nie?

Sam Winchester posłał bratu skwaszone spojrzenie. Dean, z wyjątkowo niezadowolonym nawet jak na siebie wyrazem twarzy, sięgnął do kieszeni marynarki i rzucił na biurko futerał z odznaką.
Można powiedzieć, że liczyła na fart. Stojący przed nią mężczyźni mieli jednak w sobie coś znajomego; zmęczone spojrzenie, pełne gniewu i zrezygnowania, które sama zwykła widywać w lustrze.

Zastukała paznokciami w legitymację i uśmiechnęła się znacząco do nachylonego nad biurkiem agenta. Sam, wzdychając, wręczył jej swoją odznakę.

- Agenci Grohl... i Cobain? - uniosła brwi. - A to ciekawe. Bardzo ciekawe.

Dean zacisnął zęby. Przez głowę prześlizgnęła mu się myśl o byciu zdemaskowanym przez nastolatkę, co mocno uderzyło w jego ego.

Max z kolei odetchnęła z ulgą.

Spotykała łowców już wcześniej. Z reguły pracowali w parach, byli zgryźliwi i uporczywie powtarzali jej, żeby trzymała się z daleka od tego beznadziejnego biznesu.

Miała w zwyczaju ich nie słuchać.

Odrzuciła mężczyznom odznaki.

...podrobione odznaki.

Na Boga, pomyślała. Czy cokolwiek w tym pomieszczeniu jest prawdziwe?

- Oficjalna wersja głosi - Uśmiechnęła się pogodnie, podnosząc się z biurowego krzesła - że ja nic nie wiem, a wy nie jesteście oszustami.

Zaśmiała się w duchu na dźwięk słowa oszustami.

Sam zamarł; jego brat z kolei wyglądał na wytrąconego z równowagi. Obaj zagrodzili Max drogę, gdy sięgała do klamki od drzwi.

- Nie tak szybko!

Max westchnęła ze zrezygnowaniem. Nie miała w planach wchodzić im w paradę; już wystarczająco namieszała włamując się do komisariatu ze złudną nadzieją, że uda jej się rozwiązać tę sprawę na własną rękę.

Starszy Winchester przełknął nerwowo ślinę.

- Odznaki są odnowione, świeżo wyrobione z polecenia przełożonego... - Wbił w nią stanowcze spojrzenie z nadzieją, że zdoła ją przekonać do zmiany zdania. - Wszystko jest w najlepszym porządku, nie ma powodu do...

Jednak coś w uśmiechu Max zbiło go z tropu. Wydawała się być niewzruszona, spokojna, choć w teorii powinna była zareagować zupełnie inaczej; jakby nic jej nie zdziwiło.

Minęło kilka dłuższych chwil zanim Dean zrozumiał.

- Raporty są bez znaczenia. - mruknęła dziewczyna, cofając się w głąb pomieszczenia. - To same ogólniki, z których równie dobrze można wywnioskować, że Starego Walkera zabiła Wielka Stopa.

- A więc to ty je zwinęłaś z posterunku?

Kiwnęła niemrawo głową, a mężczyźni wymienili się spojrzeniami. Dean rzucił do brata bezgłośne "a nie mówiłem?" i uśmiechnął się do Max półgębkiem.

- Twoi rodzice cię w to wciągnęli? - spytał.

Max zacisnęła usta w cienką linię, dusząc w sobie chęć odwrócenia wzroku. Czasem zastanawiała się, czy kiedykolwiek uda jej się to opanować.

Winchester uznał milczenie za znak, że nie należy ciągnąć tego tematu.

- Jestem Dean. - powiedział. - Ten wielkolud za tobą to Sam, mój młodszy brat.

Sam kiwnął głową w ramach przywitania i z ulgą zdjął z siebie przepoconą marynarkę.

- Nie wiedziałam, że da się w tym biznesie mieć rodzinę. - Max zmarszczyła brwi.

Ukłuła ją zazdrość. Jej rodzina była tematem... raczej kłopotliwym.

Dean poklepał brata po ramieniu.
 
- Chwilami jest nieciekawie. Ale hej, we dwoje raźniej, nie?

Sam posłał jej ciepły uśmiech, do którego nie była przyzwyczajona.

Spróbowała przyjrzeć im się jeszcze raz, z nieco innej perspektywy. Sucha skóra, kilkudniowy zarost, zbyt wiele blizn jak na zwykłego Kowalskiego. Wyglądali tak, jakby i do nich los niezbyt często się uśmiechał.

Max z reguły nie wysilała się na przesadną sympatię - tym razem uśmiechnęła się najpogodniej, jak tylko potrafiła.

- Hill Alley 112, mieszkanie numer 34B, byłabym wdzięczna za fatygę po teczkę. - Poprawiła szkolną torbę, zsuwającą jej się z ramienia. – Sama wolę się z nią po mieście nie kręcić. A teraz, panowie, hasta luego, ponieważ ucieka mi hiszpański.

Gdy zamknęły się za nią drzwi, Dean pokiwał w zamyśleniu głową i uśmiechnąwszy się półgębkiem, rzucił:

- To może być całkiem ciekawa sprawa, nie?

 
Max niechętnie pogodziła się z myślą, że River nie zmieni tematu do końca tygodnia.

Miesiąca.

Roku.

- Niesamowite! Wiesz, niczego nie ukradłam, ale te nerwy i adrenalina... To było ekscytujące! Sama rozumiesz, to  f e d e r a l n i!

Grzecznie ignorując monolog koleżanki, rozejrzała się po szkolnym korytarzu. Sam i Dean - jak zapamiętała - wyrastali ponad głowami kłębiących się w hallu licealistów.

Czuła się zdecydowanie lżej z myślą, że ktoś jeszcze znał prawdę o śmierci Starego Walkera. Trzymanie tajemnic w mieście takim jak Misty Hill zawsze wiązało się z dużą dozą ryzyka; szczególnie, jeśli ów tajemnicę znała tylko jedna osoba.

A zwłaszcza, gdy tą osobą była Max.

Na przekór wszystkiemu poczuła dziwną chęć by drążyć temat. Szukać dalej. Znaleźć to coś, co załatwiło Starego Walkera Vegę i zawalczyć o własny święty spokój.

- Hej, wiesz co? - River spoważniała. – Tych dwóch może tu całkiem długo zabawić.

Max poczuła się zbita z pantałyku. River sprawiała wrażenie, jakby myślami była zupełnie gdzie indziej.

- W Misty Hill może i rzadko kiedy coś się dzieje, ale... to naprawdę dziwne miasto - Dodała. - Rozumiesz o co mi chodzi?

Max zmarszczyła brwi. Dean, kierujący się z bratem do wyjścia, posłał jej porozumiewawcze spojrzenie.

- Spotkamy się później, co? - rzuciła. - Mam... pewną sprawę do załatwienia.

River pomachała jej na pożegnanie i podążyła za nią wzrokiem, dopóki Max nie zniknęła w tłumie uczniów.

- No, nareszcie - mruknęła sama do siebie. - Ile można czekać?


- Nic?

Castiel pokręcił przecząco głową. Dean zacisnął zęby i kopnął leżący u jego stóp kamyk prosto w przydrożne krzaki.

- Pogorszyło ci się. - mruknął Cas, nie siląc się na zadawanie pytań.

Dean i tak nie udzieliłby mu szczerej odpowiedzi.

Stojący obok Sam ze zrezygnowaniem wbił wzrok w czubki swoich butów.

- Trudno. - Starszy Winchester przeniósł energicznie ciężar ciała z pięt na palce, jakby próbował uwolnić się od natrętnych myśli. - Musimy szukać dalej. To nie koniec świata, nie?

- Bardzo zabawne. - Sam wywrócił oczami. - Uśmiałem się jak norka.

- No, wiesz o co mi chodzi.

Sam wiedział, chociaż wolał odsuwać od siebie myśl, że do policzenia wszystkich "końców świata" jakie przeżył nie starczyłoby mu palców u rąk.

Problem Deana mógł zaś nie oznaczać końca świata dla mieszkańców Ziemi, ale z pewnością był nim dla Sama i Castiela.

- Wiecie co? - Dean uśmiechnął się pogodnie. - Poszedłbym na piwo. Jest w tej dziurze jakiś bar?

Cas zmarszczył brwi.

Twoje oczy są zielone, z n a j o m e!

- Znam jeden w okolicy. - mruknął.



Max siedziała na barowym taborecie twarzą do stojącego na blacie wiatraka i kartkowała wypożyczony ze szkolnej biblioteki zbiór podań i mitów. Upał, który znienacka uderzył w Misty Hill skutecznie odstraszył klientelę od pozbawionego klimatyzacji baru U Janice, więc kiedy otworzyły się drzwi, zainteresowana podniosła wzrok.

Spróbowała przed samą sobą wysilić się na zdziwienie, kiedy za Samem i Deanem do knajpy wszedł Prochowiec.

- Nie na służbie, mam nadzieję? – Z uśmiechem zeskoczyła ze stołka. - Się masz, Castiel.

Sam uniósł brwi w zaciekawieniu.

- Zaraz. Znacie się?

Dziewczyna pokręciła głową ze śmiechem; Castiel, pod obstrzałem żądających wyjaśnień spojrzeń, mruknął:

- Możliwe, że wczoraj trochę za dużo wypiłem.

Podała im butelki z piwem i oparła dłonie o blat. Dean przyjrzał jej się spod ściągniętych brwi.
Poczuła się nieswojo.

- Oho, znam to spojrzenie. - fuknęła, wznosząc wzrok do sufitu. - Zaraz mi powiesz, że powinnam trzymać się z daleka od tego biznesu, hm?

- Każdy kto ma wybór powinien dać sobie z tym spokój. - burknął.

Dziewczyna jedynie wzruszyła ramionami.

- Każdy kto ma wybór raczej daje sobie z tym spokój, Dean.

Sam posłał bratu sugestywne spojrzenie. Max zaintrygowana uniosła brwi.

- Zgaduję, że wy też go nie mieliście, co?

- My to co innego. - odburknął Dean. 

- Gówno prawda. - Max pokręciła głową z niedowierzaniem. - Wy, łowcy, wszyscy mówicie dokładnie to samo.

Tłumiąc gniew podsunęła Samowi wypożyczoną książkę i zastukała palcem w wytłuszczoną czcionkę u góry strony.

- To cholerstwo przylazło tu za mną - mruknęła, po czym dodała nieco ciszej: - Każde cholerstwo za mną przyłazi.

Dean upił łyk piwa, łypiąc na dziewczynę spod ściągniętych brwi.

- W jakim sensie "przylazło"?

Max przez kilka sekund nie odpowiadała. Cichy głosik sumienia podpowiadał jej, że powiedziała za dużo, zdecydowanie za dużo, i że będą z tego kłopoty.

Ale słowo się rzekło.

- Nie mam zielonego pojęcia jak to działa, okej? - westchnęła. - Po prostu... Niezależnie gdzie się pojawię, po jakimś czasie   c o ś zjawia się za mną.

- Coś? - Sam oderwał wzrok od lektury. - W sensie nie jeden... konkretny gatunek?

- Cała plejada dziwadeł - zaśmiała się. - Jak impreza u Kardashianów.

Z czasem Max nauczyła się stroić sobie żarty dla rozluźnienia; na początku wcale nie było jej do śmiechu.

- Istnieje pewien schemat. - Przeczesała palcami włosy. - Z reguły mijają trzy miesiące zanim, powiedzmy, znowu pojawiam się na potwornym radarze.

Dean mimowolnie się uśmiechnął; "potworny radar" zdecydowanie pasował do jego poczucia humoru.

- Najczęściej pakuję walizki szybciej, zanim ktoś zdąży kopnąć w kalendarz, ale czasami kompletnie nie trzymają się reguły. Zwłaszcza...

Max urwała, zachodząc w głowę, czy jej rozmówcy nie uznają ją za wariatkę. Chociaż... w tym wypadku granica wariactwa była raczej tworem wątpliwego istnienia. Szczególnie po całym tym apokaliptycznym bagnie, jakie miało miejsce parę lat wcześniej.

- Zwłaszcza co?

- Skrzydlate skurwysyny - fuknęła. - Niebiańscy biurokraci od siedmiu boleści.

Castiel zachłysnął się piwem.

- Anioły? - Odkasłał. - Anioły też?

Kiwnęła głową.

- Bywały raczej... trudne w negocjacjach.

Dean uniósł pytająco brwi.

- Z jakiegoś powodu zależy... zależało im na mojej głowie - Max pospieszyła z wyjaśnieniem. - Najchętniej odseparowanej od reszty ciała. 

Sam i Dean posłali Castielowi wyczekujące spojrzenie, jednak ten wydawał się być tak samo zbity z tropu jak oni. Max przekrzywiła głowę, przypatrując im się z zaciekawieniem.

Nie do końca takiej reakcji oczekiwała.

- A więc, panowie, nie oceniajmy książki po okładce. - Uśmiechnęła się szarmancko, nachylając się nad zbiorem. - A mówiąc o książce, zajmijmy się może naszym zabójcą.




- Piaskun? - Dean przesunął opuszkami palców po wytłuszczonym nagłówku. - A ja zawsze myślałem, że chodzi o piaskowego dziadka.

- Pasuje do profilu - rzuciła Max. - Żywi się przysadką mózgową. I poluje nocą.

- Tak samo jak kitsune - wtrącił Sam. - Brałaś to pod uwagę?

Max prychnęła, rozczarowana jawnym brakiem wiary w jej profesjonalizm.

- Kitsune było moim pierwszym skojarzeniem - odparła - tyle, że one są raczej łatwe do wyeliminowania, a piaskuny... Niekoniecznie. W każdym razie nie znalazłam żadnych informacji o tym jak i czym można je zabić.

Castiel zerknął Deanowi przez ramię.

- "Okres żeru piaskunów trwa miesiąc, raz na dwadzieścia lat, kiedy cały cykl księżyca ma miejsce w ciągu jednego miesiąca" - przeczytał. - "Pełnia, będąca połową cyklu od nowiu do nowiu, jest czasem rozrodu piaskunów, podczas którego są najbardziej podatne na zranienie."

- Podatne na zranienie? - Dean uśmiechnął się drwiąco. - Znaczy się, że rozklejają się jak małe dzieci, gdy piaskunowa paniusia da im kosza przed dotarciem do trzeciej bazy?

Sam wywrócił oczami i wystukał coś na klawiaturze swojego telefonu.

- Zgadza się - powiedział. - "Październik miesiącem lunacji; zaobserwujemy cały cykl księżycowy od pierwszego do trzydziestego pierwszego października."

Max ogarnęła niezdrowa ekscytacja; czuła się jak małe dziecko, podjadające słodycze pod nieobecność rodziców.

- Kiedy wypada pełnia? - spytała.

- Wygląda na to, że - Sam uniósł brwi - ...pojutrze.

Dean klasnął w dłonie i poderwał się na równe nogi. Castiel spojrzał na niego z ukosa.

- Spróbuję trochę podzwonić, może ktoś będzie wiedział czym załatwić to cholerstwo. Ale ty - zwrócił się do Max - ty, dzieciaku, lepiej się do tego nie mieszaj, dobra? Damy sobie radę.

Zacisnęła zęby i tłamsząc chęć walki o swoją rację pokiwała głową bez przekonania. Dean z poczuciem spełnionego obowiązku dopił piwo i oddalił się na kilka kroków.

- A tego co ugryzło? - burknęła, wwiercając się wzrokiem w jego plecy.

Sam i Castiel wymienili się znaczącymi spojrzeniami.

Winchester oddał Max zbiór i przyjrzał jej się z zaciekawieniem. Choć chłodne spojrzenie dodawało jej lat, wciąż była bardzo młoda - w jego wieku, kiedy wyjechał na studia. Miała mocno zarysowaną linię szczęki i nos upstrzony piegami, a włosy długie i ciemne, związane w koński ogon. Wciąż wyprostowana, wyuczona przyczajonej pozy przypominała mu zwierzę gotowe do ucieczki w przypadku zagrożenia.

- Kiedy... - zawahał się. - Kiedy zaczęłaś...

Szukał odpowiedniego określenia. 

- ...uciekać? - dopowiedziała.

Sam przytaknął. Max wbiła spojrzenie gdzieś ponad nim; miała spokojne, zielone oczy, które wydały mu się dziwnie znajome.

- Miałam dwanaście lat. - westchnęła. Dała sobie chwilę na zastanowienie, jak ubrać wspomnienie w słowa. - Któregoś dnia wolontariuszkę domu dziecka, w którym mieszkałam znaleziono... cóż, wysuszoną do cna. Zginęło tam jeszcze kilka osób, dzieciaków i pracowników, zanim spakowałam manatki i zwiałam.

Przez krótką chwilę Sam chciał zapytać skąd wiedziała; ugryzł się jednak w język, zanim udało mu się skleić pytanie w całość.

- Gdzie mieszkałaś? - zapytał w zamian.

W międzyczasie Dean odłożył telefon i wrócił na barowy stołek. Max podsunęła mu drugie piwo.

- W Nowym Jorku, od urodzenia. - Uśmiechnęła się łagodnie do dziecięcych wspomnień. - W wyniku... komplikacji do sierocińca trafiłam niedługo po dziewiątych urodzinach.

Max nie lubiła wracać myślami do wspomnień z tamtego okresu. Potrząsnęła nerwowo głową; nie chciała pozwolić sobie na nostalgię, nie teraz.

- I od tamtego czasu żyjesz na walizkach? - Z zamyślenia wyrwał ją głos Deana.

Spojrzała na niego nieufnie. Sprawiał wrażenie niedowiarka, którego nie satysfakcjonowało słowo, jakby czekał, aż Max da po sobie poznać, co tak naprawdę przeżyła przez ostatnie kilka lat.

- Coś w tym guście. - Wzruszyła ramionami, na przekór.

Nie zamierzała dać się sprowokować.

- Wiecie, ja naprawdę nie szukam kłopotów. – mruknęła - Ja wręcz próbuję się przed nimi bronić, ale dosyć gównianie mi to wychodzi.

Sam uśmiechnął się półgębkiem.

- Jak nam wszystkim, Max. - Upił łyk piwa. - Witamy w klubie.




Maszerowała w dół ulicy z bestiariuszem pod pachą i głową ciężką od myśli. Rosnący księżyc, wyłaniający się zza chmur, zdawał się szyderczo do niej śmiać; nie mogła pozbyć się przeczucia, że nadchodząca pełnia mogłaby przynieść odpowiedzi na wiele dręczących ją pytań, a nawet na to jedno najważniejsze: dlaczego znajdowała się na celowniku?

Pluła sobie w brodę, że przystała na taki układ.

Nie mieszać się. Trzymać się z daleka.
 Udawać, że problem nie istnieje.

Nawet głos zdrowego rozsądku, który tak często zatruwał jej życie, dał za wygraną. Ostatnie kilkanaście godzin przypominały jej karuzelę w wesołym miasteczku, którą ktoś przestawił na najszybsze obroty.

- Max!

Zatrzymała się. Castiel dogonił ją w kilku susach.

Przez myśl przeszło jej, że wygląda na chorego - miał wyraźnie przekrwione oczy i zapadnięte policzki.

- Hej, dobrze się czujesz?

Castiel kiwnął sztywno głową, nie bardzo wiedząc, co ma odpowiedzieć. Nie czuł się dobrze już od naprawdę długiego czasu.

- Mam do ciebie pytanie odnośnie... - Zawahał się; Max spojrzała na niego wyczekująco. - Aniołów.

Nie mogła powiedzieć, że się tego nie spodziewała.

- Strzelaj.

- Czy któryś z nich... - zawahał się - powiedział ci dlaczego... chcą cię zabić?

Max zmarszczyła brwi.

Chcą, przeszło jej przez myśl. Czas teraźniejszy.

- Powiedział - przytaknęła - ale nie miało to najmniejszego sensu.

- To znaczy?

- To znaczy, że nic nie znaczy - Wzruszyła ramionami. - Usłyszałam tylko coś w stylu "jesteś zagrożeniem dla naczynia!" Jakiego, do cholery, naczynia? Kompletne bzdury.

Castiel znieruchomiał.

- Kiedy... kiedy to było?

- Ze trzy, chyba cztery lata temu. - Zamyśliła się. – Pamiętasz te trzęsienia ziemi i inne kataklizmy? To był ten rok.

Nie odpowiedział.

- Ma to jakieś znaczenie?

- N-nie. - Cas pokręcił przecząco głową. - Rzeczywiście, kompletne bzdury.

Max odpowiedziała mu gorzkim uśmiechem.

- Jak mówiłam - rzuciła odchodząc. - Skrzydlate skurwysyny z harfami.

Castiel patrzył za nią w osłupieniu jeszcze przez kilka chwil, dopóki nie skręciła w jedną z bocznych alejek. Mozolnym ruchem sięgnął do kieszeni płaszcza po telefon i wybrał numer do Deana.
Ulica pogrążyła się w ciszy.

- Ja nie mam harfy. - mruknął Cas, nim Dean zdążył odebrać telefon.




Stacja benzynowa w zabitej dechami mieścinie niedaleko Thief River Falls była pierwszą czynną w hrabstwie, na jaką natrafił.

- Trzeci dystrybutor. I puszkę Sprite'a, poproszę.

Ekspedientka nawinęła kosmyk włosów na palec, rzucając mu pozbawione zainteresowania spojrzenie. Aspen Vega z ciężkim westchnieniem wysilił się na uśmiech, idiotycznie pogodny w stosunku do pory dnia.

Wczesnym rankiem kokieteria kompletnie nie szła po jego myśli.

- Poprosiłbym o szybką obsługę... - Rzucił okiem na identyfikator przypięty do jej koszulki. - Caroline, słońce. Zrobisz to dla mnie?

Caroline zmrużyła ostrzegawczo oczy i - najwolniej jak tylko potrafiła - sięgnęła do stojącej za jej plecami lodówki.

- No chyba kurwa sobie jaja...

Uniosła brwi, fukając pod nosem.

- Spieszysz się facet na pogrzeb czy jak? - rzuciła opryskliwie.

Aspen zacisnął nerwowo palce na trzymanym w dłoniach portfelu.

- No widzisz słońce, troszeczkę się spóźniłem. - odparł, wzruszając ramionami. - Staruszek gnije pod ziemią już od kilku dni. 

Policzki Caroline przybrały kolor dojrzałego pomidora.

- To dostanę tego Sprite'a czy nie?

- Tak tak, już... Ja, już...

Aspen uśmiechnął się pod nosem, ignorując dziwne ukłucie w klatce piersiowej, pojawiające się za każdym razem, gdy wspominał swojego ojca.

- Życzę miłej podróży! - rzuciła Caroline z przesadną uprzejmością, gdy skierował się do wyjścia. - I oczywiście zapraszamy ponownie!

Szarpnął za klamkę gwałtowniej, niż miał w zamiarach.

- A całuj mnie w zad, głupia ropucho.

Uderzyła go fala lodowatego, nocnego powietrza. Owinął się ciaśniej kurtką i wytężył wzrok. Gdzieś w ciemnościach zaparkował samochód, stary pickup z rzężącym silnikiem i ubłoconym jednośladem na pace. Minęło kilka dobrych chwil zanim jego oczy przyzwyczaiły się do mroku; niebo na wschodzie zaczynało przybierać kolor ciemnoszarej papki, gdy siadał za kierownicę. Zawiesił wzrok na jasnym punkcie ponad linią drzew, przyciskając zmarznięte dłonie do nawiewu.

Myśl o powrocie do Misty Hill napawała go absurdalnym wręcz przerażeniem. Uciekając z miasta poprzysiągł sobie, że nigdy więcej do niego nie wróci, nawet obok niego nie przejedzie - teraz tę obietnicę łamał, choć z teoretycznie słusznych powodów.

Nie rozmawiał z ojcem od lat; nawet gdyby chciał, Walker Vega prędzej zrzuciłby na siebie samochód z podnośnika niż odebrał od niego telefon. Teraz jednak - leżąc kilka stóp pod ziemią - miał raczej ograniczone możliwości wyrażania sprzeciwu.

Aspen był w drodze od wielu dni, w gruncie rzeczy z biletem w jedną stronę. Całe swoje życie zostawił na drugim końcu kraju, uciekając przed skutkami własnych beznadziejnych decyzji i bałaganem, którego nie potrafił naprawić.

A Misty Hill czekało - ciche i spokojne, bezgłośnie się z niego śmiejąc.

Tego właśnie obawiał się najbardziej.

niedziela, 19 marca 2017

[1] SOMETHING MONSTROUS




   Ktoś kiedyś powiedział jej, że brawura przyniesie jej zgubę.

   Ona przekornie trzymała się opinii, że to właśnie brawura, chwilami granicząca z bezdenną głupotą, ratowała ją z opresji.

   A może nie była to brawura, ale instynkt samozachowawczy? Max nie była pewna, czy pragnienie przeżycia i jego nieplanowane skutki mogła nazwać odwagą. Może arogancją? Wiedziała jedynie, że uciekanie przez okno komisariatu policji z teczką tajnych dokumentów wciśniętą pod bluzę nie miało z instynktem samozachowawczym nic wspólnego.

   Była to więc odwaga, czy może bezdenna głupota?

   Max powiedziałaby, że i jedno, i drugie.



   Dean Winchester widział już w swoim życiu wiele niezwykłych rzeczy.

   Rzeczy, które przeciętnemu obywatelowi trudno byłoby ogarnąć rozumem bez pomocy alkoholu (z której to nawet sam Dean zwykł często korzystać).

   Internetowy artykuł o tajemniczych zgonach w Minnesocie nie był jedną z nich.


Właściciel serwisu samochodowego w Misty Hill, hrabstwo Misty Hill został znaleziony martwy na poboczu drogi międzystanowej. Za przyczynę śmierci uznaje się rozległy uraz czaszki; po wstępnej sekcji zwłok stwierdzono również brak znacznej części przysadki mózgowej. To już drugi taki przypadek w stanie Minnesota w ciągu ostatniego miesiąca.


   Dean upił łyk kawy (Zawsze robisz za słabą, Sam!) i sięgnął po telefon.

   Zmęczony męski głos odezwał się w słuchawce po trzecim sygnale.

   - Dean?

   Odstawił kubek z niesmakiem.

   - Cześć Cas. Gdzie jesteś?

   Cas westchnął.

   - To dziwaczne urządzenie, które dał mi Sam twierdzi, że na północy Minnesoty.

   Dean zastanowił się, czy wierzy w zbiegi okoliczności.

   - Znalazłeś coś? - spytał.

   Miał nadzieję, że Cas nie dosłyszał nuty zwątpienia w jego głosie.

   - Tak mi się wydaje.

   Pod rękawem koszuli zapiekło go znamię. Położył dłoń w zgięciu łokcia drugiej ręki i zmarszczył brwi.

   Serce zabiło mu szybciej.

   - To może być fałszywy trop. - Upomniał go Cas.

   Dean wiedział. Aktualnie go to nie obchodziło.

   - Coś dziwnego dzieje się w mieście niedaleko. - Castiel odezwał się po chwili ciszy. - Myślę, że powinniście przyjechać.

   Chciał powiedzieć: I tak wiem, że przyjedziecie, ale gdyby nam się nie udało, mielibyście chociaż pretekst.


   Dean pokiwał głową, choć Cas nie mógł tego zobaczyć.

   - Spotkamy się na miejscu. - powiedział. - Trzymaj się.

   Wrzucił telefon do kieszeni kurtki i wyłączył komputer. W bunkrze w Lebanon przez kilka chwil słuchać było tylko szuranie krzeseł, ciężkie kroki i chrapanie Sama w jednym z pokoi na końcu korytarza.

   Dean, z plecakiem na ramieniu i niezdrowym uśmiechem na ustach, załomotał pięścią w jego drzwi.

   - SAMMY!



   - Gotówką? - Jerry Holls uśmiechał się półgębkiem, wykreślając jej imię z listy dłużników. - A może kartą?

   Max uniosła brew. Holls zadawał jej to samo pytanie w każdy drugi piątek miesiąca, najwyraźniej usilnie próbując ją tym rozweselić.

   Panna nie rozumie? Ja nie mam terminalu! Nie zapłaci panna u mnie kartą!

   Jerry Holls był człowiekiem w podeszłym wieku, wzrostu siedzącego psa, który z twarzy przypominał niezbyt urodziwego kanałowego szczura, i który wynajmował jej kawalerkę przy Hill Alley 112 w Misty Hill. Każdego miesiąca krążył pod drzwiami lokatorów zamieszkujących kamienicę z notesem pod pachą i zniecierpliwieniem w oczach, spryskany nadmierną ilością wody kolońskiej.

   Max, bez słowa acz z obojętnym uśmiechem wręczyła mu kopertę. Holls czym prędzej wcisnął ją do kieszeni marynarki, jakby bał się, że ktoś może go okraść na środku korytarza w jego własnym budynku.

   - Dziś już nigdzie nie jest bezpiecznie, droga panno - burknął - nawet w takiej dziurze jak Misty Hill.

   Max pomyślała o ukradzionych raportach, które wcisnęła między szprychy w stelażu swojego łóżka.

   Zwykła arogancja. Na co mi była ta brawura?

   - Rozumie mnie panienka? - Holls wycelował w nią skuwką od długopisu. - Coś dziwnego dzieje się w mieście. Zamordowali Starego Walkera! W biały dzień! A policja nic z tym nie robi, leniwe skurczybyki, wpieprzają tylko pączki za nasze podatki...

   Max poczuła, że to ta chwila, w której powinna poszukać się w swoim mieszkaniu.

   - Tak, oczywiście, rozumiem pana. - powiedziała, powoli wycofując się pod swoje drzwi. - Święta racja! Nic nie robią!

   Holls, zadowolony z uzyskanego poparcia, zamruczał coś pod nosem i powędrował w stronę klatki schodowej. Max odetchnęła z ulgą.

   Stała jeszcze przez kilka chwil przed mieszkaniem, wpatrując się w zmęczone życiem drzwi, odrapane z farby i zardzewiałe w zawiasach.

   Zaczynało brakować jej pieniędzy. Jerry Holls, pomimo dręczącej go paranoi, nadal nie zauważył, że od dwóch miesięcy we wręczanych mu kopertach brakowało kilkuset dolarów. Odkąd Starego Walkera znaleziono martwego, a Max straciła pracę w serwisie, zarabiała znacznie mniej, niż wymagały jej wydatki.

   Zostało już tylko kilka miesięcy, powtarzała. Tylko kilka miesięcy do ukończenia liceum, do pracy na pełny etat.

   Jeszcze parę lat temu marzyła o college'u, studiach, życiu w wielkim świecie - teraz nie miała ani chęci, ani pieniędzy, ani możliwości.

   Zdecydowanie trudno byłoby je odzyskać; zwłaszcza w tych idiotycznie nieboskich warunkach, gdy koszmary, ucieleśnione senne mary, rzeczy, które z definicji nie powinny były istnieć, podążały jej śladem od miasta do miasta - przez całe Stany Zjednoczone.

   Max uważała je za wyjątkowo upierdliwe i cholernie niebezpieczne. Były czymś, z czego nie powinna stroić sobie żartów.

   Chwilami myślała o sobie jak o magnesie - i tak, jak magnes nie ma wpływu na przyciąganie, ona nie powinna zadręczać się czymś, na co nie może nic poradzić.

   Mogła za to zmniejszyć zagrożenie do minimum, czysto teoretycznie. Teoria koniec końców przerodziła się w praktykę, praktyka w codzienność, codzienność w zawsze spakowane walizki. Częste przeprowadzki nie ratowały tylko jej - ratowały także ludzi, w gruncie rzeczy nieznajomych, niewinnych, n o r m a l n y c h. Tych, którzy mieli swoje życie, rodziny, przyjaciół.

   Samarytańskie poświęcenie. Czy była to z jej strony głupota? Dla Max postępowanie zgodnie z własnym sumieniem z głupotą nigdy nie miało nic wspólnego. Ale dotykał ją żal, zazdrość, jak najbardziej ludzka złość. Dlaczego inni mieli, a ona nie; dlaczego inni mogli, a ona nie.

   Dlaczego ona musiała, a inni nie.

   Gdy jej pociąg zatrzymał się na mocno sfatygowanym już dworcu kolejowym w Misty Hill w stanie Minnesota, nie liczyła na żaden cud.

   Na przekór przez dziesięć miesięcy nic się nie wydarzyło. Rutyna nabrała smaku, normalność stała się codziennością; Max przez pewien czas łudziła się, że potwory dały jej spokój.

   Że, kuriozalnie rzecz ujmując, los nie był skończonym dupkiem i wreszcie się do niej uśmiechnął.

   A potem, zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego, znaleziono ciało Starego Walkera. Może była to paranoja, może stare nawyki - Max czuła przez skórę, że powtarzane przez lokalne media morderstwo popełnione przez szaleńca nie wchodziło w rachubę.

   Z reguły w takich okolicznościach pakowała manatki i odjeżdżała najbliższym pociągiem, bez pożegnań, bez oddawania klucza. Tym razem była zbyt uparta, może zbyt dumna? Nie chciała wiecznie uciekać.

   Ucieczka była równoznaczna z tchórzostwem i zdrowym rozsądkiem. Max doszła do wniosku, że najwyraźniej nie jest za pan brat z żadnym z nich.

   Ktoś kiedyś powiedział jej, że brawura przyniesie jej zgubę.

   Ona uparcie trzymała się opinii, że zguba to tylko zwykły frazes.



   Dean Winchester upił łyk piwa i wyciągnął nogi na motelowym tapczanie. Sam, jego młodszy brat, odezwał się z drugiego końca pomieszczenia.

   - Podsumowując, jesteśmy w czarnej dupie.

   Dean spojrzał na wiszącą nad nim tablicę korkową i przypiętą do niej nader pozytywną pocztówkę z napisem "Witamy w Misty Hill!", po czym prześledził wzrokiem trzymaną w dłoniach mapę miasta. Sam niewzruszenie kontynuował monolog.

   - Wygląda mi to na kitsune, ale niczego nie będziemy pewni bez raportu z sekcji zwłok... Popieprzone to wszystko.

   Misty Hill wydawało się być dziwacznie rozplanowanym miastem – ratusz nie znajdował się przy głównym placu, ale na obrzeżach, przy szpitalu, zaś komisariat policji na przeciwległym końcu miejscowości, tuż obok budynku szkoły średniej. Dean przesunął kciukiem po papierze i zmarszczył brwi.

   A co jeśli...

   - Cholera jedna wie kto lub co zwinęło te akta...

   - Liceum!

   Sam podniósł wzrok znad ekranu laptopa i spojrzał z niedowierzaniem na swojego brata.

   - Liceum?

   - Liceum!

   - Liceum zwinęło akta?

   Dean potrząsnął głową.

   - Uczeń liceum!

   I pokazał mu mapę miasta. Sam podparł głowę na dłoni i uniósł brwi.

   - Chyba nie myślisz, że...

   - Nie zaszkodzi nam sprawdzić, nie? Chwilowo to nasz najlepszy strzał. Może kamery monitoringu uchwyciły drugą stronę ulicy.

   Sam zacisnął zęby i położył dłoń na skórzanym dzienniku, leżącym na stole.

   - O której godzinie byliśmy na komisariacie? - spytał.

   - O dwunastej, licealiści mają wtedy przerwę na lunch. Poza tym, włamano się przez okno, a kto ma na tyle drobną budowę ciała, by to zrobić?

   W pokoju motelowym zapadła cisza.

   - Okej. - odezwał się Sam. - Zawsze to jakiś pretekst.




   Na Max gapił się mężczyzna w beżowym prochowcu.

   Oparła łokcie o blat, czyszcząc szklanki z pokrywającego je kurzu.

   Patrzył.

   Odwiązała pobrudzony detergentem fartuch.

   Patrzył.

   Wymieniła się zamówieniami z koleżanką po fachu i obsłużyła kilku klientów.

   Wciąż patrzył.

   Starała się nie zwracać na niego uwagi. Krążyła między stolikami, roznosiła zamówienia i zbierała napiwki (lądowały one często w zakurzonym słoju na zapleczu z napisem na czesne, do którego regularnie zaglądali również wszyscy inny pracownicy „U Janice”).

   Facet w prochowcu z uporem maniaka nie odrywał od niej wzroku.

   - Ten gość chyba coś do ciebie ma.

   Max spojrzała na szefową, Janice, która ze stoickim spokojem piłowała paznokcie na barowym taborecie.

   - Jest nieszkodliwy - odparła.

   Szefowa uniosła brew.

   - Nie martwi cię to?

   Max wzruszyła ramionami. Martwił ją szereg znacznie bardziej zatrważających rzeczy; mężczyzna w prochowcu aktualnie do nich nie należał.

   Janice przezornie wysłała ją na zaplecze. Max przeliczyła pudła z paczkami orzeszków ziemnych i słonych paluszków, i z braku innych zajęć wróciła za bar.

   Prochowiec siedział na barowym stołku i pochylał się smętnie nad szklanką kończącej się już whisky.

   Max poczuła się w obowiązku, by nalać mu kolejkę.

   - Ciężki dzień? - spytała.

   Z pewnością wyróżniał się na tle stałych klientów baru "U Janice". Był schludnie ubrany, wciąż trzeźwy i wyglądał na oczytanego, choć niezbyt pewnego siebie człowieka. Dla Max był nierealnie abstrakcyjnym elementem krajobrazu małego, stereotypowego Misty Hill, wyjątkowo niedopasowanym puzzlem, nowym meblem w starym, przedwojennym mieszkaniu.

   Mężczyzna zacisnął palce na szklance i westchnął.

   - Ciężki rok, gwoli ścisłości.

   W gruncie rzeczy wyglądał normalnie - może nie jak miejscowy urzędnik z piwnym brzuchem, trójką dzieci i irytującą małżonką, ale jak radny w stolicy albo biznesmen, właściciel małej firmy na obrzeżach metropolii.

   Wyglądał jak ktoś, kto szerokim łukiem omija mieściny pokroju Misty Hill.

   Max dorzuciła mu lodu do drinka i oparła dłonie o blat.

   Prochowiec nie wydawał jej się być złym człowiekiem, wbrew opinii szefowej. Pomijając perwersyjnie kojarzący się opinii publicznej płaszcz, przypominał raczej zmęczonego życiem faceta po trzydziestce, który gdzieś po drodze zgubił umiejętność radzenia sobie z przytłaczającymi go problemami.

   Nie był też pierwszym klientem "U Janice", który bezprecedensowo się na nią gapił. Był za to pierwszym, na którego się g a p i o n o.

   Max na dobrą sprawę nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Przyglądała mu się jeszcze przez kilka chwil, po czym zajęła się czyszczeniem barku.

   Zniekształcona, piegowata twarz spoglądała na nią buńczucznie ze szklanej gablotki pod blatem.
Max zazwyczaj starała się unikać patrzenia w swoje odbicie, twarz, oczy - dokładnie, kolor oczu. Nie piwny, jak je matki, ale zielony - głęboki, zimny - po ojcu; dziwnej, bezkształtnej postaci, żyjącej głównie w jej wyobraźni.

   Wypuściła powietrze z ust, podminowana.

   - Wszystko w porządku? - Prochowiec pochylił się nad blatem.

   Max wyprostowała się i potrząsnęła głową. Poczuła się wyjątkowo zażenowana.
Prochowiec wyglądał na nieco zakłopotanego.

   - Ciężki dzień? - spytał. Jego szklanka znowu była pusta.

   Max uśmiechnęła się ironicznie.

   - Ciężki rok, gwoli ścisłości.

   Prochowiec nie odwzajemnił uśmiechu. Wlepił sugestywnie wzrok w resztki alkoholu, więc Max - naginając kilka zasad - sięgnęła po zapas whisky, by nalać mu kolejnego drinka.

   Gdy miała odstawić butelkę na blat, złapał ją kurczowo za rękaw koszuli.

   - Twoje oczy - powiedział - są zielone, z n a j o m e.

   Wyglądał tak, jakby zobaczył ducha; Max miała wrażenie, że wzrokiem przewiercał jej czaszkę na wylot.

   - Cóż, ja z pewnością nie znam c i e b i e - odparła nader spokojnie. - Puścisz mnie grzecznie, czy mam ci w tym pomóc?

   Prochowiec rozluźnił uścisk, nieco zmieszany. Wciąż nie odwracał od niej wzroku.

   - Dobra, czego właściwie ode mnie chcesz? - spytała, znacznie łagodniej niż miała w planach. - Kolego, zachowujesz się naprawdę dziwacznie.

   Mężczyzna odsunął się od blatu ze skołowanym wyrazem twarzy.

   - Po prostu przypominasz mi kogoś bliskiego.

   Twoje oczy są zielone, z n a j o m e !

   Max uniosła brew. Myśl o ojcu znowu odbiła się echem w zakamarkach jej pamięci, ale uciszyła ją zanim dała radę dojść do głosu.

   Spojrzała na zegarek i rozejrzała się po barze; szefowa musiała skończyć już pracę. Max miała nadzieję, że nie będzie musiała wykłócać się z nią o wynagrodzenie za nadgodziny.

   Zapowiadał się długi wieczór.

   - Zwą cię jakoś, kolego?

   Prochowiec spojrzał na nią ożywiony.

   - Castiel. - odparł. - Zwą mnie Castiel.






   Po piątym drinku Max przestała rozumieć, co Castiel do niej mówił. W międzyczasie bar opustoszał - o dwudziestej trzeciej słychać było już tylko stukot szklanek, muzykę z szafy grającej i niemrawy bełkot ekscentrycznego jegomościa w beżowym płaszczu.

   Max dokończyła czyszczenie blatu, po czym klepnęła Castiela w ramię i wskazała mu wyjście.

   - Kolego, pora do domu. Zamykamy.

   Castiel spojrzał na nią z wyrazem twarzy zbitego psa, ale posłusznie poczłapał w stronę drzwi. Max zatrzymała się wpół drogi do zaplecza, z ręką zaciśniętą na kiju od miotły i rzuciła w przestrzeń:

   - Miejscowy, czy przyjezdny?

   Ale Castiel już tego nie usłyszał.

   Była to raczej formalność niż rzeczywiste pytanie; w mieście takim jak Misty Hill każdy znał każdego, a Max mogła się założyć, że nigdy wcześniej go tu nie widziała.

   Nie przejąwszy się zbytnio brakiem odpowiedzi przeliczyła kasetkę z pieniędzmi, zamknęła bar i z dłońmi wbitymi w kieszenie kurtki ruszyła w dół ulicy.

   Był późny październikowy wieczór, środek tygodnia. Misty Hill opustoszało i ucichło, chłód nocy wkradał się powoli w ostre, pachnące deszczem powietrze.

   Max opatuliła się ciaśniej kurtką. Pomimo wielu miesięcy spędzonych w Minnesocie, wciąż czuła się tutaj nieswojo; szczególnie wracając wieczorami do pustego mieszkania, z dala od centrum miasta, za to całkiem blisko puszczy ciągnącej się wzdłuż granicy z Kanadą.

   Przyspieszyła kroku.

   Na niebie nie było widać gwiazd. Światła ulicznych latarni nadawały zawieszonym nad miastem chmurom koloru dojrzałej śliwy; nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby sam przebywać nocą poza domem z tak apokaliptycznie wyglądającym nieboskłonem nad głową.

   Skręcała właśnie w Hill Alley, gdy zza budynku kamienicy wyjechał jedyny samochód, jaki Max widziała tego wieczora. Czarny chevrolet błysnął, odbijając karoserią blask miasta i odjechał w stronę centrum, zapewne budząc hałasem silnika większość mieszkańców okolicy.

   Max zmarszczyła brwi. To było proste miasteczko o nieskomplikowanym sposobie działania - gdy mieszkańcy kładli się do snu, kładło się także i Misty Hill.

   Idąc tym tokiem myślenia, czarny chevrolet był już drugą niezwykłością, na którą natknęła się w ciągu jednego wieczora.

   Niezwykłości nie miały w zwyczaju chodzić parami - Max wiedziała o tym doskonale. Dlatego też nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś wisiało w powietrzu; coś fascynującego, ekscytującego i na tyle przerażającego, że mogłaby serdecznie pożałować decyzji o nieopuszczeniu miasta najbliższym pociągiem.

   Patrzyła jeszcze przez chwilę na znikający w oddali samochód.

   Najwyraźniej tym razem ktoś jeszcze przybył za nią do Misty Hill.



   Sam Winchester poluźnił krawat i zdusił w sobie chęć ciśnięcia sztruksowej marynarki na tylne siedzenie samochodu.

   Zbliżała się połowa października. Ostatni miesiąc składał się głównie z deszczu, błota i zagrożeń powodziowych, więc kiedy rankiem miasto nawiedził upał, nikt nie był na niego przygotowany.

   Włącznie z dwójką fałszywych agentów federalnych.

   - Misty Hill jest cholernie dziwne. – mruknął Dean, przytrzymując łokciem zsuwającą mu się z kolan mapę miasta.

   Sam popatrzył na niego z politowaniem (Dam sobie radę, nie musisz mi pomagać!) i zabrał mu kartkę.

   - Skręć w lewo. – polecił.

   Dean fuknął i zastukał palcami w kierownicę.

   - W lewo!

   Czarny Chevrolet Impala, koniec końców i o dziwo, wtoczył się na parking dla uczniów szkoły średniej.

   Rudowłosa River Ferreira, siedząca na masce swojego auta, szturchnęła koleżankę w ramię.

   - To federalni! Ojciec mi powiedział. Nieźle, nie?

   Stojąca obok koleżanka skrzyżowała ramiona na piersi.

   Widziała już ten samochód.

   - Max, czego oni szukają w szkole? – spytała River, płynnie przechodząc z ekscytacji w zaniepokojenie.

   Max wzięła głęboki oddech. Przerażenie ścisnęło ją w gardle.

   - Nie mam zielonego pojęcia.

   Po raz kolejny dziękowała sobie w duchu za bycie dobrą kłamczuchą.